środa, 3 sierpnia 2016

Miłość w wielkim mieście - 7.

Rozdział siódmy,
idę na skazanie. Podejrzewam, że uroczysta kolacja okaże się klapą. Ba! Ja to wiem.

         Mamy sobotę – a to jak już zdążyliście się dowiedzieć dzień, w którym Alicja pogrąży się kulinarnie i zaprzepaści szansę na zostanie Perfekcyjną Panią Adwokatową. Nie, żebym jakoś cierpiał specjalnie z tego powodu. Koleś, który nazywa się Franciszek – widzicie w tym momencie moją sceptyczną minę – nie może zostać idealnym kandydatem na męża. Chyba, że pochodzi z innego pokolenia, czyli ma 60 lat i co najwyżej można go podłączyć do respiratora. Nie, żebym dyskryminował starych ludzi. Skąd! Zobaczcie na taką Halinę, jak dobrze się trzyma. Wracając do Franka – rodzice naprawdę musieli go nie kochać.
            Swoją drogą, nadal nie dowiedziałem się jak nazywa się biedny gej, duszyczka zabłąkana w tym świecie, niezrozumiana przez społeczeństwo - brat Franciszka. Nie wiedziałem więc czego się spodziewać. Jak zwykle w takiej sytuacji, postanowiłem sobie już w piątek, że na trzeźwo tego wieczoru nie zdzierżę i od samego rana będę się poił winem, obserwując starania Alicji nad zaimponowaniem Franciszkowi.
            Czy wy to w ogóle słyszycie? Franciszek i Alicja, przecież to się kupy nie trzyma!
            Obudziłem się sam, bez budzika. Przeciągnąłem z rozkoszą i zerknąłem na zegarek. Dziesiąta. Idealny czas dla soboty. Sięgnąłem po szklankę, żeby pozbyć się suchości w gardle i z zadowoleniem przytknąłem ją do ust. Piłem wodę. Stop. Chwila. Cofnijmy się. Sięgnąłem po szklankę i przytknąłem ją do ust jeszcze raz. Woda? Cholerna woda? A gdzie moje wino, które stało przez całą noc w temperaturze pokojowej, żeby ulżyć mi w cierpieniu? Gdzie, do kurwy nędzy moje wino, które specjalnie schowałem wczoraj, nie pozwalając nikomu skończyć butelki? Wierzcie, to była walka o życie z tymi harpiami. Powtórzę zatem jeszcze raz, GDZIE MOJE WINO!
            - Nie gorączkuj się tak – usłyszałem znienawidzony głos mojej współlokatorki.
            Tak, oczywiście ta przemowa u góry odbyła się jedynie w mojej głowie, ponieważ moje gardło było zbyt spierzchnięte, by wypowiedzieć choćby słowo. Dlatego ze wściekłej miny, przeszedłem w rozpacz, co oczywiście w żadnym wypadku nie ruszyło Królowej Lodu Alicji.
            Spojrzałem z odrazą na szklankę z WODĄ i posłałem w stronę tego sopla lodu minę zbitego psa.
            - Tak, to ja – pokiwała energicznie głową. Coś zbyt pobudzona była. Jestem pewien, że wyżłopała kilka energy drinków, żeby dodać sobie mocy. Co jak co, ale Alicja nie wstaje o dziesiątej. Królowa czeka aż zrobię jej śniadanie, przyniosę do łóżka, otworzę okno i zbiorę jej bieliznę do prania. Jestem frajerem że się na to godzę, wiem.
            - Zrobiłam ci śniadanie. Jajecznicę – klasnęła w dłonie uradowana, a ja padłem trupem.
            W sumie… myśleliście kiedyś o tym, jak chcielibyście umrzeć? Mój wymarzony scenariusz – tak, brzmi to niezbyt ciekawie – to wiek pięćdziesięciu lat, bo i tak nie planuję mieć dzieci, wnuków czy nawet psa/kota/papugi. Najlepiej by mi się zmarło w moim własnym łóżku. Ot, taki szybki zawalik i po sprawie. Chociaż nie zniszczyłbym twarzy, lecąc na glebę na jakimś chodniku czy na środku ulicy. Umarłbym w swoim ukochanym łóżku, w ciepełku.
            Wracając jednak do urokliwego poranka – bez wina, mówiłem już? Alicja nigdy nie zrobiła mi śniadania. Nigdy. A znamy się całe wieki.
            - Rozumiem, że to forma przekupstwa ta spalona i przesolona jajecznica? – wysunąłem się z łóżka i okręciłem dookoła własnej osi, mając nadzieję, że to był tylko głupi żart z tym zabraniem alkoholu – I co do cholery jasnej zrobiłaś z moim winem?! – krzyknąłem sfrustrowany.
            - Nie mogę pozwolić, byś zalał się w trupa przed kolacją. Zresztą, potrzebuję kierowcy – prychnęła i wymaszerowała z mojego pokoju.
            No pięknie. Nie dość, że muszę zapchać żołądek jej kulinarnymi niewypałami – bo nie daruje mi, jeśli nie zjem tego nieszczęsnego śniadania, które ma być pewnie próbą generalną przed przystąpieniem do uroczystej kolacji na cześć Franciszka.
            Oczywiście, w kuchni pachniało spalenizną. Gmerałem niepewnie widelcem po talerzu, przewracając z boku na bok spalone jajka, myśląc nad swoimi opcjami:
1.      Zjem to coś, rozchoruję się i będę zwolniony zarówno z zakupów jak i kolacji.
2.      Nie zjem, narażę się na gniew Królowej i może skończę z uszkodzoną jakąś częścią ciała, co ponownie daje nam zwolnienie z zakupów i fiasko z kolacji.
Zjadłem. Żyję. Nic mi nie jest. Szkoda.
- Zjadłeś? Jak miło – zaćwierkała perfidnie Alicja. A miałem inne wyjście, do cholery? – Skoro czujesz się dobrze, to wyruszamy na zakupy. Mam już listę zakupów. Trzeba jechać teraz, by ominąć korki, nie stać w kolejkach i w ogóle – głęboko nabrała powietrza do płuc i gdy już miała mówić, przerwałem.
- Jesteś pewna, że nie chcesz zamówić cateringu? – chciałem ukrócić jej męki. Ja to przecież rozumiem, wiem że jest beznadziejną kucharką. Nie musi się więc popisywać przed Franciszkiem (ja pierdolę, obiecuję wam że dziś będę się zwracał do tego gościa jego pełnym imieniem).
- Nie – ucięła, robiąc niezadowoloną minę – W naszym jedzeniu będą moje pot, krew i łzy – powiedziała ambitnie.
Ja rozumiem, że to pewnie miała być przenośnia, jednak zapomniała dodać do listy paznokci. Ja odbierałem tą barwną metaforę całkiem poważnie. Co jak co, ale Alicji nie powinno dawać się noża. Nawet małego scyzoryka.
Christopher Moore napisał kiedyś w Błaźnie, że kobiety również potrafią podbijać kraje, dowodzić wojskiem sprawnie i wykonywać szybkie ruchy na polu bitwy. Zaznaczył jednak, że dopiero gdy znajdą odpowiedni strój i buty. Zgadnijcie więc, gdzie najpierw udaliśmy się z Alicją?
Oczywiście, że do centrum handlowego, żeby dziewczyna mogła kupić sobie sukienkę, bieliznę i buty na wieczór. Nie, żeby brakowało jej ubrań…
Kiedy już spędziłem w przebieralniach pierliard godzin, w końcu udało nam się trafić do supermarketu, w którym Alicja postanowiła zrobić zakupy.
Spoglądała właśnie na krewetki – których sam osobiście nienawidziłem, ale jak sie dowiedziałem Franciszek uwielbiał – które miały być na promocji. I były, z tym że rzeczywiście wyglądały na promocyjne.
- Myślisz, że coś się stanie, jeśli je zjemy? – zapytała zamyślona.
- Jestem pewien, że Franek nie zwróci uwagi na jedzenie, tylko będzie olśniony twoją kiecką za dwie stówy.
Jako że wydała fortunę na ubrania, teraz musiałem ją wspomóc w zakupach na kolację. Ale na tym wyszedłem, co nie?
- A jak go otruję? – pisnęła przerażona – Mówię ci, Adaś. To facet moich marzeń. Dobra, bierzemy. Najwyżej zamiast smażonych krewetek, ugotuje się je do oporu i zmiksuje na sos – wzruszyła ramionami i wrzuciła paczkę krewetek do koszyka.
Zakupy w spożywce o dziwo poszły o wiele szybciej niż te „ubraniowe”. Było już koło czternastej, ja jednak czułem się tak bardzo styrany, że jedyne o czym marzyłem, to wino. Najlepiej w dużych ilościach. A byłem tam jedynie w formie doradcy. Niemal słyszę wasze mruknięcie „Jaki z niego doradca!”. Sam o sobie też tak myślę, ale z Alicją, tym bardziej dzisiaj, nie można dyskutować.
Jak wielbłądy wypakowaliśmy się z samochodu, na nieszczęście – moje – wpadając na Grześka. Nadal czułem smak porażki i wręcz słyszałem złowieszczy i tryumfujący śmiech Padalca.
- Robicie zapasy na apokalipsę? – usłyszałem od mojego osobistego boga. Oczywiście zagapiłem się i prawie wyrżnąłem z tobołami.
- Wbrew pozorom to nie takie zakupy jak myślisz. Alicja zabrała z centrum handlowego wszystkie ich nowe kolekcje – mruknąłem – Trochę jedzenia też mamy. Gdyby zabrakło nam miejsca w lodówce, to zgłosimy się do ciebie.
Skąd, do cholery jasnej, tyle we mnie śmiałości. To aż nie podobne do mnie. Zrobiłem zażenowaną minę.
- Zaprosiłabym cię dziś do nas na popijawę, ale mamy podwójną randkę – wyznała dumnie Alicja. Po co? Po co?!
Grzesiek pokiwał w zadumie głową i puścił mi oczko.
- Gdyby randka ci się nie udała, zapraszam do mnie.
O.Mój.Boże. To ja się postaram, by byłą nieudana. Żeby wszystko poszło źle. Żeby facet okazał się dupkiem. Skończoną sierotą. I żebym mógł spędzić resztę wieczoru z Grzegorzem.
- Ciebie oczywiście też, Alicja – dodał z opóźnieniem, uśmiechając się rozbrajająco.
- Mogę cię zapewnić, że mój wieczór uda się znakomicie. Przy odrobinie szczęścia może i Adaś skorzysta, kiedy pozna Juliana.
ŻE CO? Zakaszlałem gwałtownie, próbując przetrawić imię mojego wybranka. Julian? Julek? O Jezu, to nie skończy się dobrze. To będzie kompletna sierota. Już nawet domyślam się, dlaczego Franciszek uważa brata za nieszczęśliwego emo-geja. Dlatego, gdyż on naprawdę nim jest! Wiedziałem, że na Alicję nie można liczyć i że zawsze wpakuje mnie w kabałę.
- Julian – wysyczałem – To chyba u nich rodzinne. Ciekawe jak będą nazywali się twoi przyszli teściowie – zacisnąłem zęby i z wściekłością spojrzałem na Alicję – To, tak. Chyba jednak wpadnę. A nawet wpadnę z hukiem, bo jeśli po kilku minutach po dziewiętnastej usłyszysz plask przy drzwiach balkonowych, to będę ja. Uciekający i potrzebujący schronienia. Nie będę się bawić w wychodzenie drzwiami, może uda mi się doskoczyć, a jeśli nie, to i tak nie będzie zbyt wielka strata!
Ja lamentowałem nad swoim marnym losem. Alicja się śmiała, to wściekała, nie bardzo wiedząc co ma zrobić najpierw. Grzegorz uśmiechał się głupkowato.
- Zapraszam. Dziś jestem wolny – rzucił – Na razie dzieciaki – machnął nam dłonią i ruszył do swojego bloku.
Dzieciaki. Gówniarz jeden. Dziś jest wolny, pff. Jakie to szczęście, że wcisnął mnie w swój napięty grafik. Mówię wam, moje nieszczęsne zadurzenie nie skończy się dobrze. Co z tego, że Grzesiek to bóg seksu? Co z tego, że ma ciało jak grecki heros? On nie jest mną zainteresowany. Znaczy być może jest, ale nie jest to związek w stylu „a po trzeciej randce wprowadzę się do ciebie i założymy własne gniazdko”. Ja potrzebuję takiej relacji – no może nie przesadzajmy z tą trzecią randką, za szybko. On potrzebuje poszaleć w wielkim mieście, a co widocznie się z tym wiąże – przebzykać połowę miasta. Dzieciuch z niego. Za to cholernie przystojny dzieciuch.
- Ziemia do Adama – szturchnęła mnie Alicja – Wiem, o czym myślisz – ostrzegła i ruszyła do naszego mieszkania.
Prychnąłem jedynie w odpowiedzi.
- Po pierwsze, nie wymigasz się od kolacji. Julek może okazać się naprawdę fajnym facetem. Ułożonym i statecznym, takiego potrzebujesz.
- Albo może być psychopatą ze skłonnościami samobójczymi, skoro Franek – wypowiedziałem jego imię z czystą perfidią – tak bardzo martwi się społecznością gejów.
- Nie bądź uprzedzony! – ofuknęła mnie i ponownie popchnęła. Jak wyrżnę orła i porozrzucam jej całą wypłatę, która znajdowała się w pakunkach, to będzie jej wina. Ha! Kogo ja oszukuję. To nadal będzie moja wina.
- A po drugie. Widzę jak na niego patrzysz. Ja też się przyglądałam. I Grzesiek nie jest dla ciebie – powiedziała zmartwionym głosem.
- Zauważyłem – burknąłem. Wina mi dajcie! Żebym miał wyjebane na wszystko, co czuję, co ludzie do mnie mówią. Wszystko.
- Może to będzie Julek – zagadnęła wesoło.
Może to będzie Julek? Po moim, kurwa, trupie zgodzę się na to, by mój facet nazywał się Julian. Julek, Julek. Jego imię kojarzy mi się z niekochanym dzieckiem, które wiecznie obrywało od kolegów w szkole.
- Zrobię nam coś do picia – zabrałem się do kuchni, rzuciłem graty na stolik i wyjąłem z szafki pod zlewem wino. Przezorny zawsze ubezpieczony, jak to powiadają. W tym domu, wino znajduje się wszędzie, zgodnie z maksymą „tak na czarną godzinę”. Możecie być pewni, że takie pochowane butelki (w całości bądź częściowo) bywały wybawieniem.
A spytacie, po co mi wino skoro Alicja kategorycznie zabroniła pić alkoholu, aż do kolacji? Może ta kobieta myśli, że jestem pod jej pantoflem, jednak nie mam zamiaru nie podjąć nawet próby sabotażu.
Herbata z wkładką. Słyszeliście o takiej? Gdy jest owocowa, to i tak nie czuć alkoholu, ale on tam JEST. To samo tyczy się wszelkich napojów, soków. Ba, profesjonalista będzie wiedział jak przemycić wino nawet w żarciu. Tak było, mówię wam.
Zostawiłem szklaneczki w kuchni, a wino przemyciłem do salonu.
- Nie za elegancka? – zapytała Alicja, obracając się dokoła własnej osi w małej czarnej. Chyba za małej, małej czarnej.
- Ty chyba żartujesz – włączył mi się tryb starszego brata, który uchroniłby siostrzyczkę przed złem całego świata i jednocześnie przed wszystkimi fiutami – Ledwo tyłek ci zakrywa. Ten Julian, to od razu postanowi zmienić orientację.
- Przestań – machnęła kokieteryjnie dłonią i założyła oczojebny naszyjnik w kolorze fioletowym oraz kolczyki, które zakrywały jej pół twarzy – Teraz wygląda to dobrze – stwierdziła, przeglądając się w lustrze – Mała czarna jest zbyt nudna, by jej nie podrasować. A może powinnam doszyć coś błyszczącego do niej? – zamyśliła się.
- Pamiętaj, że musisz pobawić się jeszcze w Perfekcyjną i coś ugotować. Sprzątanie też by się przydało – rozejrzałem się po pomieszczeniu.
Alicja westchnęła ciężko, wydając z siebie pełen grozy ryk. Tak, ryk. Ta dziewczyna ryczy, kiedy jest zdenerwowana. Przycupnęła obok mnie, a ja usłużnie podałem jej szklankę z herbatą. Upiła łyk, zmarszczyła brwi, upiła więcej. Podziałało!
- Dobra ta herbata. Taka… uspokajająca – mruknęła – Pomożesz mi w kuchni? – zrobiła te swoje maślane oczy.
- Chyba zapomniałaś, że jak postanowiliśmy zamieszkać razem to zgodziliśmy się, że dostawca pizzy i chińszczyzny będzie stałym bywalcem w naszym domu – przypomniałem przyjaciółce, bo widocznie umknęło jej to, że ja i nóż to bardzo złe połączenie. Jestem facetem, który świetnie operuje piórem i klawiaturą, nie zabawkami w kuchni.
Roześmiała się histerycznie.
- Razem jakoś damy sobie radę – wzruszyła ramionami i w tym momencie zauważyła widocznie zegarek i to jak bardzo jest już spóźniona – Ja pierdolę – krzyknęła i wybiegła z salonu. Pewnie po to, aby się przebrać.
Ja zrobiłem zaś to, co potrafię najlepiej jako przyjaciel. Wyciągnąłem wino, dolałem go do szklanki Alicji, zalałem colą o smaku wiśniowym, a sam pociągnąłem spory łyk prosto z butelki. Akurat chowałem ją w bezpiecznym miejscu, czyli pod poduszkami, które leżały na kanapie, po uprzednim napełnieniu swojego kubka (który zabarwiłem dla niepoznaki colą), kiedy wkroczyła Alicja.
Czy stylistka gotuje w dresach i ciuchach, które łatwo można się pozbyć, gdyby się wybrudziły, albo podziurawiły, albo w skrajnym przypadku podpaliły? Widocznie nie.
- Kupiłam specjalnie, żeby nie pobrudzić ubrań – warknęła, widząc moją minę na metkę zwisającą z nowego i pierwszego w jej życiu fartucha kuchennego.
- Ja nic nie mówię – burknąłem, stosowny komentarz zachowując dla siebie. Nie chciałbym przypadkiem stracić palca, albo dłoni. Lepiej Alicji nie denerwować w kuchni, gdzie ma dostęp do tylu niebezpiecznych narzędzi.
- Wymyśliłaś menu? – zapytałem w zapomnianej przez nas jaskini zwanej kuchnią. Przyglądałem się tym wszystkim produktom, które Alicja kupiła i próbowałem wykombinować, co z tego będzie.
- Motywem przewodnim będzie krewetka – pisnęła podekscytowana.
- To cudownie! – podzieliłem jej entuzjazm – To dlatego kupiliśmy tyle kilogramów tych robaków, które dodatkowo były po sporej przecenie? Zamierzamy posłać do szpitala cały tuzin ludzi? Chyba, że Franek ma jakieś bachory o których nie wspominałaś.
- Nikogo nie zabijemy, nie otrujemy, a Franek nie ma dzieci – wysyczała. Podsunąłem jej szklankę z colą.
- Przecież tylko żartuję – machnąłem ręką – Będzie pysznie.
- Musi – potwierdziła – Na przystawkę będą grillowane krewetki na zielsku – wskazała na kilka paczek „zdrowych” sałat – Polane sokiem z cytryny. Zupą będzie ostro-kwaśna zupa azjatycka z sezamem i krewetkami. Potem podamy pierś z kurczaka z sosem krewetkowo-śmietanowym z ryżem i brokułami…
- Ale deser będzie bez krewetek? – przerwałem jej, nie mogąc się powstrzymać. Jedno jest pewne. Będę miał dość krewetek przez bardzo długi czas. A jeśli rzeczywiście okażą się po terminie, to do tego będę miał do nich uraz na całe życie.
- Na deser truskawki i bita śmietana.
Odetchnąłem z ulgą. Deseru nie da się zepsuć.
- Tylko uprzedzam, że ty i Julian do deseru nie dotrwacie. Nie wiem jak to zrobisz, ale masz się ulotnić ze swoim towarzyszem. Na kilka godzin, najlepiej noc. Skorzystać, pobaw się – zakomunikowała.
- Powinienem się spakować? – mruknąłem niezadowolony. Uwielbiam takie niespodzianki – Albo może jeszcze chcesz wolną niedzielę, co? Przekimam się pod blokiem, żebyś mogła uprawiać dziki seks z Franciszkiem w naszym domu.
- Nie dramatyzuj – ofuknęła mnie i zabrała się za płukanie jedzenia.
Pół butelki wina później, Alicja nadal nie ogarnęła, że przez cały czas pije napoje z wkładką. Ja po kilku kubeczkach przestałem się krępować i wyciągnąłem na stół butelkę, a jej zawartość obficie polewałem gotujące się dania. Dla ostrości, jak tłumaczyłem. Moje zachowanie nie zostało skomentowane, ani potępione. Może dlatego, że Alicja piekliła się w kuchni, nie bardzo radząc sobie z pichceniem. Byliśmy na etapie nadto zgrillowanych  krewetek, które śmierdziały teraz w całym domu. Pamiętajcie, by nie przesadzić z długością smażenia tych robaków, bo smród jest niesamowity.
- Muszę się  napić – moja przyjaciółka spojrzała tęsknie na butelkę wina – Usmażysz pierś z kurczaka? Może tobie się uda. Mamy tylko dwie godziny do spotkania, a ja wyglądam jak kura domowa – jęknęła zrozpaczona, smętnie spoglądając na kurczaka.
- Mnie do tego nie mieszaj. Siedzę tu, wysłuchuję twoich żali, jednak nie mam zamiaru stać przy garach. Poczekaj – mruknąłem i ruszyłem w stronę balkonu.
Ta kobieta mnie zabije. Nie mogę patrzeć spokojnie na jej minę. Wino mnie już wcięło i robię się troskliwy i sflaczały.
Rzuciłem korkiem od wina w okno balkonowe sąsiada. O dziwo, udało mi się trafić. Chyba nawet zrobiłem rysę. Grzesiek pokazał się chwilę potem.
- Co robisz? – krzyknąłem.
- Brałem prysznic – uśmiechnął się łobuzersko. Rzeczywiście miał mokre włosy i mateńko, same jeansy na sobie. W sykiem wypuściłem powietrze, zagapiając się na to idealne ciało. Kurwa.
- Potrafisz gotować? – zapytałem, tracąc wcześniejszy rezon.
- Radzę sobie – przytaknął.
- Świetnie, bo Alicja i ja, nie. Wpadniesz? Mamy dwie godziny do pogromu – jęknąłem.
Jak to dobrze, że ma się sąsiadów, którzy są pomocni, potrafią gotować i wyglądają do tego jak najbardziej na plus. Grzesiek szybko rozprawił się z krewetkami, znaczy tą resztką która nam została. Obiad był gotowy nawet w godzinę, a ja zastanawiałem się jak Alicja mogła siedzieć przy tym aż trzy. Tym bardziej, że i tak niewiele zrobiła. Uznaliśmy wspólnie, że zdecydowanie poświęciła za dużo czasu planowaniu i masakrowaniu każdego składnika.
Aż szkoda było mi się rozstawać z Grześkiem. Za dobry kontakt złapaliśmy w trakcie wspólnego pichcenia. Tak, moi drodzy, wspólnego, ponieważ dzielnie podawałem mu narzędzia mordu.
Nie powiem, byłem wcięty. Jednak nie zataczałem się, nie robiłem dziwnych pijackich rzeczy. Odrobinę plątał mi się język, jednak nadal ogarniałem co się dookoła mnie dzieje. Alicja ubrana, wytapetowana czekała jak na szpilkach na gości, popijając gorączkowo wino.
Gdy dzwonek zadzwonił do drzwi, Alicja podskoczyła, wylewając jednocześnie pół kieliszka na kanapę.
- Kurwa! – ryknęła w swoim stylu i zerwała się z siedziska – Otwórz im, ja zamaskuję zapach alkoholu – przyciszyła głos, jednak nadal ględziła w panice.
Ja oczywiście spokojnie, rozluźniony (bez kieliszka w dłoni, odstawiłem) ruszyłem ku spotkaniu z gośćmi.
Moje pierwsze słowa – które ku nieszczęściu wypowiedziałem na głos – nie brzmiały zbyt optymistycznie i chyba przeważyły nad tym, że wieczór się nie udał.
- Co za koksu? – zdziwiłem się, widząc cielsko które zawaliło mi całe drzwi, do tego trzymając w dłoni kwiaty. Ten bukiecik wydawał się dziwnie mały w porównaniu z posturą gościa.
- Julek, zrób miejsce – powiedział głos za bryłą mięśni. Ton jego brzmiał, jakby karcił małe dziecko. „Julek” zarumienił się (tak, zarumienił, jak jakaś nieśmiała dziewoja) i nieporadnie przesunął do tyłu.
- Jestem Franciszek. My na kolację – powiedział głos, a jego właściciela ujrzałem w pełnej krasie.
To chyba czas na filozoficzne, egzystencjalne przemyślenia, ponieważ faktycznie zadumałem się w tym momencie, zagapiłem, zapatrzyłem, a wręcz nie mogłem wyjść z podziwu, kogo Alicja zaprosiła do naszego domu. Ustalmy coś, doskonale wiecie że idealny nie jestem, a tym bardziej Alicja. Wiecie, że mamy odpały i degustacje wina odbywają się u nas regularnie. Wiecie w jakim towarzystwie się obracamy, oraz jak bardzo pokręceni są ludzie, którzy u nas bywają. Jednak takiej dwójki niepasujących do siebie ludzi (do tego braci) ze świecą szukać.
Franciszek był stary. Znaczy dojrzały, ale zdecydowanie za stary dla Alicji. To była zbyt pogodna dziewczyna, by wiązać się z gościem, który całkiem osiwiał i miał ponury wyraz twarzy. Sztywniak z niego, ot co.
Znowu „Julek” wyglądał jak typowy koksu spod bloku, gdy jednak zawstydził się jak dziewczynka uznałem, że to zwyczajna (przepraszam za słownictwo) pizda. Chyba potrzebowałem jeszcze więcej wina, by przetrwać ten wieczór.
Przepuściłem gości, dyskretnie lukając do pokoju i sprawdzając jak radzi sobie Alicja. Ta z olśniewającym uśmiechem, stała wyprostowana przy kanapie, a okno od balkonu było otwarte na oścież.
- Franek – powiedziała dostojnie, modulowanym głosem i popłynęła (tak, dosłownie sunęła po panelach) w stronę swojego wybranka. Ucałowała go delikatnie w policzek i z olśniewającym uśmiechem zwróciła się do brata – Ty musisz być Julek. Tak się cieszę, że cię spotykam.
Drzwi przez przypadek trzasnęły mi z hukiem, a ja oniemiały wpatrywałem się w tą szokującą scenkę. Oczy wszystkich zwróciły się ku mnie, przez co wzruszyłem jedynie ramionami.
- Przeciąg – wyjaśniłem.
Alicja zachowuje się jak angielska królowa, a temu pacanowi Frankowi widocznie się to podoba. Gdzie wybuchowa, ekscentryczna dziewczyna, ja się pytam? Co ten człowiek z nią zrobił?!
- To jest Adam, mój najlepszy przyjaciel i współlokator – podeszła do mnie, przedstawiając towarzystwu.
Na pełnym luzie podniosłem dłoń do góry. Skoro Alicja chce się bawić w angielskie salony, nie zamierzam jej tego ułatwiać.
- Proponuję napić się wina – rzuciłem pogodnie.
- Pomogę ci – burknął nieśmiało Julek, wyraźnie popychany przez swojego brata.
Super! Posłałem Alicji wściekłe spojrzenie zanim wybyłem z salonu. Niech wie, zołza, że nie podoba mi się ta szopka.
Uciekłem do kuchni i profilaktycznie wlałem w siebie kieliszek wina. Spojrzałem krzywo na mojego towarzysza i nie odezwałem się ni słowem.
- Tak więc… - wybąkał Julian, sugestywnie wpatrując się w moje wino - …może bym też się napił – rzucił.
No, okej. Tutaj zapunktował. Co prawda niekoniecznie chciałem się dzielić moim jedynym ratunkiem, jednak nie byłem aż tak niekulturalny.
Nalałem mojemu nowemu znajomkowi alkoholu i spojrzałem na niego, próbując rozszyfrować. Wino przyćmiło odrobinę zdrowy rozsądek i rozwiązało język. Machnąłem w myślach ręką na wszystkie „nie” jakie mój biedny mózg ostatkiem sił wymyślał.
- A więc – przerwałem, dramatycznie oblukując całą sylwetkę gościa – jesteś gejem – dokończyłem uprzejmie i kompletnie nie spodziewałem się takiej reakcji.
Dużo za duży Julian, zapadł się w sobie. Dosłownie. Jakby usłyszał gość prawdę i dopiero teraz do niego dotarła.
- Tak, mama z tatą nadal nie mogą się przyzwyczaić - jęknął niczym nastolatek w trakcie mutacji, opuszczając z rezygnacją ramiona i robiąc minę zbitego psa.
To niby ma być facet dla mnie? Olaboga! Kolejny kieliszek z winem zniknął w czeluściach mojego gardła. Byłem załamany. Karzą mi się odpierdolić w najlepsze ciuchy, zakazują pić alkoholu, rozkazują gotować, a potem kończę w takim podejrzanym towarzystwie jak Julek i Franek. Za jakie grzechy? Co ja temu światu zrobiłem?!
- A ty? – zapytałem nieco agresywnie. Ja naprawdę lubię ludzi. Tylko nie znoszę takich pizdusiów-plastusiów. A moja natura dziennikarza, tym bardziej kazała mi iść w zaparte i pytać, żeby zrozumieć.
- Co ja? – Julian podniósł na mnie wzrok zbitego kundla, wpatrując błyszczącymi ślepiami.
- Ty się przyzwyczaiłeś, że jesteś gejem? Bo póki co widzę dryblasa, który przejmuje się zdaniem rodziców, brata, a zupełnie nie myśli o sobie – byłem złośliwy, ok. Może jednak podziała to na gościa i ogarnie się życiowo, ponieważ póki co widziałem przed sobą ofiarę losu.
Julek zmarszczył brwi i napiął mięśnie. Okej, powinienem się bać? Zaraz zostanę zmiażdżony przez ponad sto kilo żywej wagi?
- To nie twoja sprawa. To skomplikowane – powiedział zduszonym głosem.
Niektórym jest naprawdę dobrze, kiedy ciągle się ich gnoi, a oni sami żyją w spirali frustracji, złości i ogólnego założenia, że są do niczego. Nie jestem terapeutą, nie będę nikogo naprawiał, ani zapewniał o możliwościach. Skoro gościu chce żyć w wiecznym poczuciu winy, to powodzenia.
Pokiwałem jedynie głową i upiłem porządny łyk alkoholu. Tylko to mnie może dziś uratować.
- Może wrócimy do reszty? Alicja naprawdę się postarała z kolacją - nie czekając na reakcję Julka, wyszedłem z pokoju. Ta rozmowa była za bardzo dołująca, serio.
- No dobrze, robaczki! - krzyknąłem, widząc całujących się jak gołąbki Alicję i Franka. Dość czułości, do cholery jasnej, biorąc pod uwagę, że ja cierpię na poważny niedobór właśnie całusków, przytulańców i innych romantycznych bzdetów - Zasiadajmy do szamanka.
Nawet nie podejrzewałem, że najgorsze dopiero mnie czeka. Alicja, niczym Perfekcyjna Pani Domu, uśmiechnęła się oszczędnie i znowu popłynęła, tym razem do kuchni po nasze żarcie.
- Dajcie mi chwileczkę - zaświergotała - Adaś, zajmij gości rozmową.
Kurwa, powtarzałem jak mantrę przekleństwo, mając na ustach uroczy uśmiech. Ja tą pindę zamorduję. Zajmij gości rozmową, jasne.
- Franek! - zarzuciłem w takim razie pogodnie - Może się napijesz? Wina...
- Wody, chętnie - odparł "dziadunio" - Prowadzę, nie mogę dzisiaj pić. Zresztą, ograniczam. Ale ty się nie krępuj - spojrzał na mój prawie pusty kieliszek.
Uśmiechnąłem się słabo i oczywiście poszedłem za radą starszego.
Naprawdę nie chcę opisywać całego przebiegu tej masakry, gdyż popadam w straszny marazm, kiedy wspominam nienaganne maniery Alicji, sztywnego Franka i zakłopotanego Julka. Chyba tylko ja z całego towarzystwa najlepiej się bawiłem, do tego stopnia, że radosnym pijackim bełkotem zaproponowałem, że Królową Lodu i jej księcia zostawimy samych, a my polecimy do klubu.
Pamiętam niewiele. Od cholery świateł, głośną muzykę, Julka który chyba nie był przyzwyczajony do klubów gejowskich i jego szybką dezercję. Nie, żebym narzekał. Gorący, pijany singiel wśród tylu samców, gotowych i chętnych do działania. Tego mi było trzeba. W omamach widziałem Grześka, ale chyba mi się zdawało.
Chyba jednak myślę, że spotkałem kogoś znajomego. Kogoś, kogo za cholerę nie pamiętam. Wiem jedno. Właśnie się obudziłem. Tylko to nie jest moje łóżko, nie mój pokój, nie moja podusia, nie moja kołdra. I jestem nagi. I obok mnie nie ma partnera, ani nawet śladu, że ktoś obok mnie spał. Co jest, kurwa!

__________________________________________________________
Witajcie. Doskonale wiem, że to nie jest szczyt moich możliwości, jednak po tak długim okresie wegetowania musiałam napisać cokolwiek. A trudno wbić się w rytm i skończyć zaczęty rozdział, kiedy za cholerę się nie wie, o czym się właściwie pisze. Możecie być jednak pewni, że kolejny rozdział będzie o wiele bardziej zadowalający! Mam plan, i to niecny plan. Dziękuję, za czekanie na mnie i liczę na to, że zostanę zdopingowana do dalszej pracy - tak, o komentarze się rozchodzi. Wena jest, chęci są, a i czas się znajdzie. Pozdrawiam, Justus :) 

10 komentarzy:

  1. No to było super znieczulenie ale czy operacja się udała?

    OdpowiedzUsuń
  2. Rzeczywiście, rozdział trochę nic nie wnoszący, ale i tak super:) Zwykle nie lubię pisania w pierwszej osobie, ale Adaś ma tak świetne teksty, że to najlepsze rozwiązanie dla tego opowiadania. Humor jest po prostu genialny:)
    I już umieram z ciekawości, co to nasz bohater nawyprawiał. Weny!
    MoNoMu

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wiedziałam czy będziesz kontynuować bloga i szczerze przyznam że kiedy chyba po 2 miesiącach zajrzałam i zobaczyłam nowy rozdział to byłam zaskoczona. Po przeczytaniu go jestem bardzo mile zaskoczona :D i nie mogę się doczekać kontynuacji
    Viva

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo lekko czyta się ten rozdział i przemknęłam przez niego błyskawicznie. Jak na razie nie ma jakiś skomplikowanych sytuacji. Wszystko dopiero się rozkręca. Opowiadanie lekkie i z humorem, bez większych dramatów (no może oprócz braku wina w zasięgu ręki).
    I jak zwykle potrafisz podsycić ciekawość w czytelnikach co do dalszych losów. Czekam na kolejny rozdział!
    A.

    OdpowiedzUsuń
  5. Też czekam na ciąg dalszy!!!

    Kuno Kaczuszka

    OdpowiedzUsuń
  6. Dobra, oficjalnie stwierdzam, że kiedyś czytałam coś twojego (na innym blogu) i nawet miałam cię w zakładkach u siebie na blogu. jaki ten świat yaoi jest mały :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Hej,
    natrafiłam teraz dopiero na Twoje opowiadanie, i powiem jedno jest fantastyczne, czyta się lekko i przyjemnie... a historia jest ciekawa, czekam na kolejny rozdział...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Aga

    OdpowiedzUsuń
  8. < spamuje > a nuż wrócisz :D

    OdpowiedzUsuń

Wesprzyj autora dobrym słowem albo konstruktywną krytyką.